Beskidzkie legendy. „Harnaś Baczyński- sławetny beskidzki zbójnik”. Część pierwsza

Widok na Babią Górę z Koskowej Góry

Jak niedziela to – cykl „beskidzkie legendy”. Dziś będzie o sławetnym beskidzkim zbóju – Józefie Baczyńskim, zwanym Skawickim. Grasował na terenie Beskidów: ŻywieckiegoMałegoMakowskiegoWyspowego oraz Gorców. w latach 1732-1735. Baczyński, podobnie jak inni zbójnicy, którzy „świat równali”, stał się bohaterem wielu podań ludowych. Kilku z nich doszukałam się w różnych źródłach. Dziś przytoczę Wam to, które już wcześniej znałam, a które spisał Marian Cieślik. Pochodzi z Beskidu Makowskiego i zapisało się w pamięci górali Kliszczaków.

Harnaś Baczyński – podanie górali spod Koskowej Góry

„Mają Tatry Janosika, Beskidy- Ondrasza, a tokarskie wsie – tęgiego chwata Józefa Baczyńskiego. Był szlachcicem zagrodowym ze Skawca, który ujął się za niedolą kliszczackiego ludu.

Ciężkie czasy nastały na górali spod Koskowej Góry za panowania złego pana, kasztelana krakowskiego Stanisława Wawrzyckiego. Pańszczyznę podnosił, w rekruty posyłał, ostatniego dukata z chłopskiej skrzyni wyciągał. Nędza okrutna na wszystkie wsie nastała. Jeden Baczyński litował się tej biedzie i słał wszystkie supliki do króla.

Podstępny kasztelan nie znał litości, nie znosił sprzeciwu. W nocy pod chatę Józefa zajechała zbrojna w halabardy straż miejska. -Wychodź! – łomot i chrypiące okrzyki postawiły Baczyńskiego na nogi. Bezwzględni siepacze rąbali drzwi siekierami, a przebudzonego zakuli w dyby. Rzucili go na wóz wymoszczony sianem i tak powiedli do rogatek Krakowa. Nad ranem senni i spragnieni strażnicy zatrzymali się na popas w karczmie, by miodem przepłukać gardła. Rozleniwieni ciepłem bijącym z paleniska, rozochoceni przednim węgrzynem, zapomnieli o więźniu. A ten, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wyskoczył z wozu i czmychnął do lasu. Do domu i rodzinnej wioski nie miał już powrotu. Gorzko zapłakał nad swoim losem i poszedł szukać chleba w góry, z dala od podstępnego kasztelana.

I przygarnęła go, jak ukochane dziecię, miłosierna ziemia kliszczacka. I obdarowała, jak panna młoda, swym dziewiczym pięknem. Wywianowała bogactwem lasów, gdzie miód sączył się z braci lipowych , grzyby wyrastały pod nogami, jagody krasiły ostępy, a w strumieniach pluskały się tęczowe pstrągi.

Nie długo jednak leczył Baczyński swe skołatane serce na stokach Koskowej Góry, skąd w pogodne dni widział nagie, poszarpane szczyty Tatr. Szybko minęła wiosna i zbliżała się sroga, mroźna zima. Okoliczny lud sposobił się do jej przetrwania. Zakrwawiło dobre serce Józefa nad niedolą ubogiego kliszczackiego ludu. – Raz kozie śmierć– powiedział do swych kompanów, których zebrało się wokół niego w lesie dziesięciu. – Zostaję zbójem i będę zbójował!

Od tamtego czasu na szlaku od Myślenic do Lubnia i od Pcimia i Jordanowa nikt nie był pewien swego dobytku. Nagle ni stąd ni zowąd waliły się z trzaskiem w poprzek drogi przydrożne drzewa. Spłoszone konie stawały dęba, a przerażeni woźnice spadali z wozów. Pękały popręgi, łamały się solidne okute koła, a zza drzew, głazów czy wykrotów wypadał na trakt barczysty zbój z długimi włosami. W lewej ręce trzymał pistolet, w prawej – masywna maczugę wysadzaną kamieniami, a za jego szerokim pasem wisiały długie, cygańskie noże. Przeszukiwał skrzynie, szybko napełniał skórzane worki przytroczone do pasa i przepadał w przydrożnych krzakach jak kamień rzucony w wodę. Co możnym zabierał, oddawał w ręce ubogiego ludu.

Złemu kasztelanowi zaczęła pustkami świecić kasa miejska. Zatem dla ochrony karawan kupieckich jadących przez Nowy Targ na Węgry oraz przez Spytkowice na Słowację przeznaczał po pięciu zbrojnych dragonów. To jeszcze bardziej uszczupliło jego dochody. Postanowił zatem raz na zawsze rozprawić się z Baczyńskim.

Doborowy oddział straży miejskiej krwawego kasztelana, wywiedziawszy się wcześniej szczegółów, ruszył tropem dzielnego harnasia. Tropili go przez dwie niedziele. Wreszcie na skraju gościńca od Pcimia do Jordanowa schwytali Baczyńskiego i powiedli do Krakowa. Jego kompanów wywieszali. Sam harnaś, jako że szlachcic, został ścięty na krakowskim rynku ku uciesze gawiedzi.”

Ile jest prawdy w tej historii?

W każdej historii jest ziarno prawdy. Nie mniej wszystkie podania o Józefie Baczyńskim różnią się nieco. Dlatego nie raz jeszcze wrócę w tym cyklu do jego osoby. Zbój to był znany i szkoda, by został zapomniany.

A tymczasem, do zobaczenia na szlaku!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s